Mówi się, że „szewc bez butów chodzi”, ale w tym przypadku chyba jednak bardziej pasuje cytat Fredry „Osiołkowi w żłoby dano…”
Zazwyczaj zrobienie rzeczy dla siebie odkładam na koniec i albo się nie wyrabiam, albo kończę po nocy, tuż przed wydarzeniem, na które je szykuję…
Tym razem jednak wyszło inaczej…
Robiąc mnóstwo wersji kolorystycznych kolczyków z chwostami, wiedziałam, że dla mnie muszą powstać granatowe i to jeszcze przed świętami.
No i jest mały sukces – do wigilii jeszcze 11 dni, a kolczyki już gotowe, ale…
No właśnie zawsze jest jakieś „ale”. Nie mogłam się zdecydować, który odcień granatu bym chciała (a raczej, który jest tym idealnym i wymarzonym)…
więc zrobiłam trzy pary (tak – dobrze czytacie -TRZY).
Nie wiem czy to wina tego, że w końcówce ciąży jestem bardziej wybredna, czy po prostu tak mam 🙂
Po zakończeniu wszystkich trzech par, zaczęłam je przykładać do moich sukienek i…
…pewnie Was nie zdziwi, jak powiem, że wybrałam te, które zrobiłam jako pierwsze (ale później uznałam, że są za jasne).
Jednak przy ich tworzeniu nie było ze mną tak źle 😛
Ja wybrałam kobaltowe, a Wam, które podobają się najbardziej?
Powiem, Wam tylko, że dwie pozostałe pary, będą czekać na Was w moim sklepiku.
ZAPRASZAM!
